Quantcast
Channel: AntyWeb
Viewing all 65334 articles
Browse latest View live

ING udostępnia mobilną autoryzację dokonywanych transakcji

$
0
0

Niejako pionierem tego rozwiązania był o dziwo mBank, który testowo udostępnił tę funkcję swoim klientom w grudniu zeszłego roku.

Nowa opcja to przede wszystkim bezpieczeństwo naszych środków, mBank przekonywał nawet, że autoryzacja mobilna bezpieczniejsza jest od tej z SMS-ami.

ING zachowało jednak obie opcje autoryzacji. Dostępna będzie zarówno autoryzacja kodami z SMS-ów, jak i nowa opcja autoryzacji mobilnej.

Obie funkcje będą stosowane zamiennie, w zależności od okoliczności. To bank będzie decydował, w jakiej sytuacji podsunąć klientowi autoryzację mobilną, a w jakiej tylko SMS-ową.

Całość mają analizować systemy bezpieczeństwa banku. ING zapewnia, że analiza ta będzie błyskawiczna i po ocenie sposobu autoryzacji podsunie klientowi odpowiednią opcję.

W niektórych sytuacjach bank nie będzie w ogóle wymagał naszej autoryzacji, na przykład kiedy wysyłamy po raz kolejny przelew do tego samego odbiorcy.

Autoryzacja mobilna nie wymaga dodatkowej aktywacji, dostępna jest od razu dla wszystkich klientów, korzystających z Moje ING mobile (od wersji 2.2.0) na urządzeniach z Androidem i iOS. Jeśli nie chcemy korzystać z autoryzacji mobilnej, możemy ją wyłączyć w ustawieniach, wtedy dostępna będzie wyłącznie autoryzacja kodami SMS. Pamiętać należy jednak o tym, że w takim przypadku nie będzie możliwości powrotu do autoryzacji mobilnej.

The post ING udostępnia mobilną autoryzację dokonywanych transakcji appeared first on AntyWeb.


Decyduj o tym, co zobaczysz – interaktywne produkcje na Netflix

$
0
0

Interaktywne filmy na Netflix

Tytuły trzech zapowiedzianych filmów interaktywnych brzmią następująco:

  • Kot w butach: Uwięziony w baśni – premiera dziś, 20 czerwca 2017
  • Buddy Błyskawica – premiera 14 lipca 2017
  • Stretch Armstrong: The Breakout (polski tytuł nieznany) – premiera w 2018

Netflix oddaje w nasze ręce losy głównych bohaterów, bo to my zdecydujemy na przykład o tym, czy spotkani na jego drodze nieznajomi okażą się przyjaźnie czy wrogo nastawieni. Produkcje interaktywne są efekty współpracy inżynierów Netfliksa oraz osób pracujących w kreatywnych zespołach w Hollywood.

Jak to wygląda w praktyce? Gdy zbliżamy się do miejsca opowieści, w której musimy zdecydować o następnych zdarzeniach, nasz bohater staje przed wyborem dwóch ścieżek, na przykład przygodę z piratem lub złą królową. Kazdy taki etap wyboru jest zaznaczony na pasku potę

Partnerzy Netfliksa

Jeśli sądzicie, że Netflix jest odosobnionu w swoich działaniach, to srogo się mylicie. Na chwilę obecną swoje zaangażowanie potwierdziły firmy DreamWorks Animation Television, American Greetings Entertainment i Stoopid Buddy Stoodios, a jestem przekonany, że ta lista będzie coraz dłuższa.

Chcieliśmy się dowiedzieć, czy coś takiego spodoba się widzom, dlatego przeprowadziliśmy serię badań i rozmów z dziećmi oraz rodzicami, by zdobyć cenną wiedzę. Nasz pomysł spotkał się z pozytywnym przyjęciem (na przykład, rodzicom spodobało się to, że ich dzieci będą mogły podejmować decyzje i zasiądą na krześle reżysera). Czekamy z niecierpliwością, by przekonać się, czy nasi użytkownicy będą korzystać z nowych możliwości, a także które scenariusze najbardziej im się spodobają.

Decyzja o stworzeniu w pierwszej kolejnośc produkcji skierowanych do dzieci nie jest dziełem przypadku. To właśnie najmłodsi najchętniej decydują o przygodach swoich ulubieńców, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by za piloty chwycili także starsi widzowie.

Gdzie zobaczymy interaktywne produkcje Netflix

Na chwilę obecną wspierane są tylko najnowsze wersje aplikacji na smart TV oraz urządzenia z platformą iOS, czyli iPhone’y, iPady i iPod touch. Upewnijcie się, że posiadacie najbardziej aktualne wydanie aplikacji Netflix.

Apple TV, Chromecast, Android TV oraz Netflix  w przeglądarce dopiero czekają na swoją kolej.

The post Decyduj o tym, co zobaczysz – interaktywne produkcje na Netflix appeared first on AntyWeb.

Skoro Xbox ma być pecetem, to ja chcę Surface’a, który jest Xboksem

$
0
0

Jedni popukają się w czoło i skomentują moje życzenia jako kompletne bzdury i dyrdymały. Inni, być może, potwierdzą, że taki sprzętu miałby rację bytu.

Kwintesencja Microsoftu

Inaczej takiego urządzenia nie można by nazwać. Żaden z pokazanych do tej pory komputerów przez Microsoft nie oferuje takiej wydajności, która zadowoliłaby graczy. Takie platformy jak Steam, Origin, czy GOG lub Uplay są najpopularniejsze właśnie na Windows, a „dziesiątka” powolutku staje się alternatywą dla konsoli Xbox – co prawda tytuły trafiające do Sklepu Windows policzymy na palcach dwóch dłoni, ale będzie ich coraz więcej.

Obok zapowiedzi, bo nie deklaracji, wprowadzenia gier z Xboksa na pecety nie można przejść obojętnie. To kolejny krok ku temu, by gracze nie byli zmuszani do zakupu konsoli, jeśli wolą zagrać w dany tytuł na posiadanym już sprzęcie. Przy okazji felietonu Pawła na temat wstecznej kompatybilności słusznie zwrócono uwagę na fakt, iż to właśnie peceta powinno się wybierać ze względu na niemal nieograniczoną ofertę starszych tytułów. Niestety, nie wszystkie gry w takiej wersji pojawiły się na rynku – najczęściej wracamy między innymi do Red Dead Redemption, w które na komputerze aktualnie zagramy tylko dzięki streamingowej usłudze PlayStation Now (przy użyciu kontrolera oczywiście).

Surface? Xbox? W jednym?

Mając do czynienia z tabletami i laptopem Surface nie mogłem nadziwić się jak dobrze przemyślane i wykonane są to maszyny. Pracuje się na nich naprawdę komfortowo i swobodnie. Dotykowy ekran w laptopie doceniłem już dawno i prawdę mówiąc z chęcią zobaczyłbym go także w maszynach Apple’a. Przyspiesza i ułatwia wykonanie wielu zadań, a Surface Pro w połączeniu z piórem Surface Pen wyśmienicie (choć jeszcze nie perfekcyjnie) zastępuje mi tradycyjny notatnik.

Ale czy taki komputer nie mógłby równie dobrze sprawdzić się także wtedy, gdy przyjdzei czas na relaks? Muzyka, filmy i proste gry – jasne, tutaj radzi sobie nad wyraz dobrze, ale co z bardziej wymagającymi grami?

Xbox to pecet, Surface to Xbox

Zastosujmy myślenie Microsoftu w drugą stronę, ale pójdźmy o krok dalej, niż chęć wprowadzenia gier z Xboksa na komputery. Uczyńmy z jednego z Surface’ów maszynę do grania z prawdziwego zdarzenia. Niech to będzie elegancki kawałek sprzętu, tak jak dotychczasowe tablety i laptopy, ale gotowy na solidną rozgrywkę. Nie frustruje mnie tak bardzo maniera producentów laptopów do grania w tworzeniu maszyn o charakterystycznym, zadziornym i masywnym wykończeniu, ale z przyjemnością zabrałbym ze sobą w podróż komputer, który nie będzie tak zwracał na siebie uwagi.

Niektóre z ostatnio podjętych decyzji i informacji udostępnionych przez Microsoft wprowadzają nas w zupełnie nowy rozdział. Rozdział, w którym po tej firmie można spodziewać się jeszcze więcej niespodzianek, niż kiedykolwiek wcześniej. To głównie dlatego domyślam do głowy myśl o szansach na powstanie urządzenia do grania od Microsoftu niebędącego Xboksem.

The post Skoro Xbox ma być pecetem, to ja chcę Surface’a, który jest Xboksem appeared first on AntyWeb.

Transformacja Lenovo. Firma przedstawia nowe linie produktów: ThinkSystem i ThinkAgile!

$
0
0

Na początek może kilka słów wprowadzenia. Tak jak już wyżej wspomniałem, firma od lat ma w swoim portfolio serwery, które na tle konkurencji wyróżnia elastyczność. Urządzenia nie są przywiązane do jednego, słusznego, oprogramowania. Dlatego też od wielu lat cieszą się ona taką popularnością wśród klientów. Nie ważne z jakiego oprogramowania korzystają, autorzy sprzętu wspierają wszystkie popularne rozwiązania. A co ważne — zajmują się także ich administracją i konserwacją. Najwyższy zatem czas na nową generację, którą przedstawiono nam pod nazwą Lenovo ThinkSystem!

Wspólnym mianownikiem ThinkServer oraz Server X były wysokiej jakości linie serwerów (data center), które wyróżniała elastyczność. ThinkSystem będzie podobną historią — ale tym razem wszystko rozwijane będzie pod jedną marką. Twórcy wykorzystali 30-letnie doświadczenie związane z tym segmentem rynku, i zadbali nie tylko o kompleksowość jego rozwiązań, ale także — co niezwykle istotne — dopracowanie ich w taki sposób, aby były jak najbardziej przystępne i wydajne dla wszystkich użytkowników. Bo to przecież ich zadowolenie jest kluczowe.

Świeża linia urządzeń opartych na nowoczesnych procesorach Intel Xeon pozwoli zwiększyć wydajność, przy jednoczesnej redukcji kosztów. Twórcy obiecują dostosowanie urządzeń do potrzeb każdego klienta, a przy tym zapewniają, że skalowanie nie będzie stanowiło najmniejszego problemu dzięki modularności najnowszych produktów. Ale poza ich rozwojem, warto również wspomnieć, że wszystkie one działać będą jako całość, dzięki czemu zarządzanie będzie łatwiejsze niż kiedykolwiek. Obiecywane są również oszczędności związane z OPEX i TCO w stosunku do konkurencji, a także o wiele szybsze dostarczanie produktów, zamawianych przez klientów. Centra danych nowej generacji nie tylko będą pobierać mniej energii, ale także będą mniejsze — dzięki czemu zaoszczędzimy także miejsce.

W sumie ThinkSystem zadebiutuje z 26. odświeżonymi urządzeniami. Wśród nich znajdą się rozwiązania dla każdego klienta. Od szaf, przez serwery kasetowe, fibre channel na ethernet network switches skończywszy. Wszystkie uzbrojone są w dedykowany zestaw narzędzi, które umożliwiają ich śledzenie i analizę w czasie rzeczywistym.

Ale poza nowym zestawem urządzeń, Lenovo przedstawiło także ThinkAgile. O co chodzi? Ano Lenovo pomoże dobrać rozwiązania według potrzeb — zbuduje i przygotuje je do ostatecznej pracy. Klienci dostaną już gotowy zestaw, z którego będzie można od razu skorzystać. Jeden z prezenterów porównał ThinkSystem i ThinkAgile do budowania samochodów samodzielnie z kupowanych kolejno części, albo zakupie gotowego do jazdy pojazdu — wydaje mi się, że tak koncepcja dość obrazowo pokazuje czym tak naprawdę będzie ThinkAgile.

Ciekawe koncepcje i intrygujące nowości. Tym razem poza jeszcze lepszymi podzespołami, Lenovo przedstawiło nam także świeżą koncepcję, a jak wiadomo: rynek potrzebuje zmian. Urządzenia z rodziny ThinkSever oraz usługi ThinkAgile trafią do sprzedaży już tego lata!

Wykorzystując okazję, zapytałem Petera Hortensiusa o to, dlaczego nowości które dziś zaproponowali, są takie istotne na rynku:

Myślimy, że Lenovo ThinkSystem jest rewolucją, ponieważ nasze rozwiązania kierujemy do różnego typu użytkowników (…) Uczyniliśmy łatwiejszym aktualizację i rozbudowę — dzięki temu posłużą im dłużej. Jedną z najtrudniejszych rzeczy w świecie IT jest pozyskanie środków. Dlatego wydaje nam się, że stworzenie systemu który można dowolnie spersonalizować okaże się naprawdę ważne.

A przy okazji dopytałem o to, jakich nowości — jego zdaniem — możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości:

Wydaje mi się, że największą zmianą którą wkrótce zobaczymy będzie przystosowywanie do technologii AR. Zmieni się sposób, w jaki z nich korzystamy. A co za tym idzie, trzeba będzie inaczej zarządzać danymi, by przystosować je do poprawnego działania. Jeżeli nie mam żadnych informacji, to nie mogę podejmować decyzji — dlatego bardzo bardzo ważne jest, aby zbierać te dane i odpowiednio je wykorzystywać. Jednymi z elementów które już teraz napędzają ich rozwój są Internet Rzeczy oraz 5G.

The post Transformacja Lenovo. Firma przedstawia nowe linie produktów: ThinkSystem i ThinkAgile! appeared first on AntyWeb.

Ale jaja… NC+ na ratunek swoim klientom z ofertą dla seniorów

$
0
0

Samo wysłanie prośby o interwencję (dwukrotne) do Komisji Europejskiej to mało, również w praktyczny sposób operatorzy będą starali się chronić swoich klientów przed obowiązkiem udostępniania ich danych Poczcie Polskiej, przynajmniej chcą zyskać na czasie i przypodobać się klientom, by później wrócili, gdy ustawa zostanie zakwestionowana w UE.

Z mojej wiedzy wynika, że i UPC z końcem czerwca wyłącza kilka kanałów gwarantowanych, jak i Cyfrowy Polsat, z tym że z końcem sierpnia. Nie kojarzę dokładnie o jakie programy chodzi, ale z pewnością jeśli korzystacie z ich oferty, dostaliście taką informację. Niemniej oznacza to, że możecie bez konsekwencji wypowiedzieć im umowę i tym samym uniknąć skutków nowelizacji ustawy abonamentowej.

NC+ poszło o krok dalej i przygotowało właśnie specjalną ofertę dla seniorów, powyżej 75 roku życia, którzy jak wiemy zwolnieni są z obowiązku opłacania abonamentu. Oferta jest dość atrakcyjna, ze szczegółami możecie zapoznać się pod tym linkiem.

Promocję tę jako pierwszy dostrzegł Press.pl, sugerując tylko, że jest odpowiedzią na nowelizację ustawy, osobiście wydaje mi się, że to ewidentny krok w kierunku klientów. Prawdopodobnie, będzie też możliwość przepisania umowy z NC+ na seniorów z rodziny.

Mam nadzieję, że te i inne zabiegi operatorów uzmysłowią rządzącym, że nie tędy droga. Jak już mają wymuszać płacenie tego abonamentu, to niech on będzie równo rozdysponowany na wszystkich obywateli, a nie tylko na klientów płatnej telewizji.

The post Ale jaja… NC+ na ratunek swoim klientom z ofertą dla seniorów appeared first on AntyWeb.

Smartfony tylko dla osób powyżej 13 roku życia. Nie tędy droga…

$
0
0
dzieci ze smartfonem

Smartfony opanowały nasz świat, korzystają z nich miliardy ludzi, trudno wskazać na sprzęt, który może się pochwalić większą popularnością. W kieszeni, plecaku czy torebce mają go bogaci i biedni, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi. To dzisiaj okno do nowoczesności. Pojawiają się oczywiście głosy, że wykorzystujemy te urządzenia niewłaściwie, zamiast robić coś pożytecznego, oglądamy zdjęcia kotów przez pół dnia, lecz na tym polu niewiele można zrobić: niech każdy robi to, na co ma ochotę. Inne podejście dotyczy dzieci i młodzieży – tu pełna wolność słabnie, zaczynają się nakazy i zakazy. Nie chodzi jedynie o konsumowane treści czy wykorzystywane aplikacje, problemem staje się sam fakt korzystania z inteligentnego telefonu. Zbyt długi czas poświęcany temu zajęciu.

smartfon hipster

Trafiłem na doniesienia ze Stanów Zjednoczonych, konkretnie z Kolorado, które wskazują na problem i jednocześnie dają rozwiązanie. Otóż pewien lekarz przewodzący grupie rodziców występujących przeciw smartfonom udostępnianym dzieciom, zaproponował zmiany w prawie. Chce, by dzieci do 13 roku życia nie miały dostępu do smartfonów, a zagwarantować ma to zakaz sprzedaży. Sklepy miałyby sprawdzać, do kogo trafi sprzęt, a gdyby nie wywiązywały się ze swoich obowiązków, groziłyby im kary finansowe. Podkreślę, że chodzi o propozycję zmian w prawie – aby je przepchnąć, grupa musiałaby zebrać kilkaset tysięcy podpisów obywateli, a potem liczyć na pozytywny wynik głosowania. Wydaje się mało prawdopodobne.

Sama inicjatywa jest jednak ciekawym sygnałem: ludzie zaczynają walczyć ze smartfonami w rękach swoich pociech. Nie zdziwię się, jeśli podobne projekty pojawią się w innych stanach czy krajach, także w Europie, może w Polsce. Ktoś nad Wisłą z pewnością stwierdzi, że zakaz sprzedaży rozwiąże problem, dzieci zaczną czytać książki, lepiej się uczyć i grać w piłkę. Intrygujące. Naprawdę istnieją ludzie, którzy chcą rozwiązać domowy kłopot odgórnym zakazem. Wspomniany lekarz powinien zadać sobie proste pytanie: jeśli moje dzieci zamykają się w pokojach z telefonami i są „wycofane” (a sam przekonuje, że tak jest), to gdzie popełniłem błąd?

pad xbox

Zachowania dzieci, na które dzisiaj narzeka spora część z nas, nie są winą samych smartfonów. To m.in. wpływ rodziców, którzy zachowują się podobnie i ciągle wpatrują się w ekran telefonu. To efekt wręczania dzieciom sprzętu mobilnego jako zapełniacza czasu. Starsi tak to ułożyli, a dzisiaj mają pretensje i próbują ratować sytuację w przedziwny sposób. Ktoś zarzuca dziecku, że przy śniadaniu wpatruje się w telefon, lecz gdy spotka się ze znajomymi w restauracji/na koncercie/w pubie nie spojrzy na nich, bo będzie pochłonięty nowymi postami na Facebooku. Ot, paradoks. O cyfrowej heroinie i uzależnieniu będą mówić ludzie, którym smartfon przykleił się do ręki.

W tym wszystkim należy też pamiętać, że smartfony to stosunkowo nowy twór. Od premiery iPhone’a minęło dziesięć lat i chociaż przed nim istniały już podobne urządzenia, to osoby w wieku 30+ raczej nie powiedzą, że wychowały się z inteligentnym telefonem. Ze zwyczajną komórką owszem, ale i to od pewnego momentu. Dlatego mówienie, że za moich czasów było inaczej jest nadużyciem. Było inaczej, bo nie istniały smartfony. A gdyby istniały, pewnie siedzielibyśmy na kanapie z tymi gadżetami. Tak jak siedzieliśmy przed ekranami komputerów i telewizorów słysząc od rodziców czy dziadków, że za ich czasów było inaczej.

robienie smartfonem zdjęcia latte

Nie twierdzę, że wszystko jest ok, a dzieciakom przejdzie z tymi urządzeniami. Smartfony z pewnością są niebezpieczne, jeśli następuje ich nadużywanie. Tak jest ze wszystkim. Do sprawy trzeba jednak podjeść racjonalnie, samemu dać dobry przykład i nie zrzucać odpowiedzialność na państwo. Czy na sklepy z telefonami…

The post Smartfony tylko dla osób powyżej 13 roku życia. Nie tędy droga… appeared first on AntyWeb.

Darmowy VPN od twórców szyfrowanej poczty ProtonMail

$
0
0

ProtonMail – szyfrowana poczta email

O ich pierwszym projekcie ProtonMail, pisałem Wam trzy lata temu kiedy uruchamiali tę usługę oraz kiedy udostępnili mobilne wersje swojej poczty. Z racji tego, że już tak długo funkcjonują na rynku można im też zaufać w kwestii takiej, że nie zwiną za chwilę interesu i nie znikną z sieci.

protonmail poczta

ProtonVPN – darmowy VPN

protonVPN

Dziś, po kilku miesiącach betatestów, w których uczestniczyło 1000 osób, udostępnili usługę VPN, która w podstawowej wersji jest bezpłatna. W porównaniu z płatnymi planami, brakuje obsługi sieci Tor i Secure Core, która stanowi dodatkowe zabezpieczenie przed atakami sieciowymi.

protonVPN oferta

Przy włączonej funkcji Secure Core ruch kierowany jest przez wiele serwerów przed opuszczeniem sieci Protona. Dzięki czemu atakujący, który monitoruje ruch sieciowy na serwerze wyjściowym, nie jest w stanie wykryć prawdziwego adresu IP użytkownika Protonu, ani dopasować aktywności przeglądania do danego adresu IP.

No, ale do podstawowych zastosowań bezpłatna wersja powinna wystarczyć, dzięki niej możecie bezpiecznie surfować po sieci, a i też korzystać z zablokowanych w naszym kraju serwisów typu Pandora Radio czy Hulu. Do tego przez 7 dni możecie wypróbować wersję płatną.

protonVPN trial

Ja jej nie aktywowałem, chciałem sprawdzić najpierw dla Was, czy w darmowej wersji da się normalnie korzystać z sieci – czy połączenie jest stabilne i wystarczająco szybkie.

protonVPN połączenie

Okazało się, że to zależy. Próbując połączyć się z serwisem Pandory, podłączyłem się pod australijskie serwery. Połączenie z serwisem trwało długo, w końcu po załadowaniu udało się zalogować na konto Pandory i uruchomić radio.

radio internetowe

Radio odtwarzało się płynnie i bez zacinek, ale umówmy się, taka prędkość uniemożliwia swobodne, równoczesne korzystanie z sieci.

test szybkości internetu

Jednak, jeśli nie potrzebujecie łączyć się z serwisami niedostępnymi u nas, z pomocą przychodzi jedna ciekawa funkcja w samym programie ProtonVPN, a mianowicie możliwość połączenia z możliwie najszybszym aktualnie serwerem.

protonVPN okno połączenia i mapa

Przy tych prędkościach, swobodnie będziecie mogli korzystać z szybkiego i bezpiecznego dostępu do Internetu.

test szybkości internetu po raz drugi

W kwestiach formalnych, testowałem połączenie poprzez pełnoprawną aplikację desktopową na Windowsa. Na pozostałe platformy dostępne są aplikacje łączące się z serwerami poprzez protokół OpenVPN.

protonVPN clients

Odpowiednie pliki konfiguracyjne znajdziecie na stronie lub bezpośrednio na swoim koncie na ProtonVPN. A instrukcję konfiguracji VPN, na przykład na Androidzie, znajdziecie pod tym linkiem.

protonVPN rejestracja

Co do samego konta na ProtonVPN, możecie się na nie zalogować z wykorzystaniem konta na ProtonMail. Jeśli nie macie, trzeba będzie założyć i w bonusie dostaniecie VPN i bezpieczną pocztę email w jednym.

The post Darmowy VPN od twórców szyfrowanej poczty ProtonMail appeared first on AntyWeb.

OnePlus 5 już oficjalnie. Zobacz, jak mocarny może być smartfon

$
0
0
oneplus 5 smartfon

8 GB pamięci RAM i Snapdragon 835. Patrząc na specyfikację OnePlus 5 od razu wiadomo, że kupując taki telefon, z pewnością wystarczy nam na lata użytkowania. Użyty w urządzeniu procesor to najmocniejszy w ofercie Qualcomma układ, a 8 GB (wersja Premium, standardowo jest to 6 GB) pamięci RAM LPDDR4X to bardzo wysoka wartość, nawet w stosunku do konkurencyjnych urządzeń. Biorąc pod uwagę to, że nawet zeszłoroczne sprzęty oferują zadowalającą w większości przypadków wydajność, OnePlus 5 nawet po premierze dwóch kolejnych generacji będzie warty uwagi.

OnePlus 5 to również świetne zdjęcia. Producent kusi duetem potężnych aparatów z tyłu

Użytkownik będzie mógł skorzystać z podwójnego aparatu fotograficznego z tyłu. Sensor 16 MP został wsparty przez dodatkowy – 20 MP z teleobiektywem, dzięki czemu wykrywanie odległości między aparatem, a fotografowanym obiektem ma być jeszcze precyzyjniejsze. Zastosowano również atrakcyjną przysłonę: f/1.7, która ma za zadanie przyspieszyć proces wykonywania zdjęcia, a dodatkowo je ustabilizować.

Ponadto, dostępny będzie tryb portretowy, w którym obydwa zainstalowane sensory współpracują ze sobą, aby zapewnić jak najlepszą jakość zdjęcia. Oprócz tego, duet aparatów będzie odpowiadać m. in. za efekt bokeh, efektywnie oddzielając twarze od tła na zdjęciu. Profesjonaliści natomiast będą mogli skorzystać z trybu Pro, zapewniający dostęp do większości funkcji DSLR – włącznie z zapisywaniem plików RAW oraz histogramem dostępnym na ekranie.

oneplus 5 aparat

OnePlus 5 naładuje się w ciągu 30 minut… na cały dzień

Autorska technika ładowania OnePlus 5 pozwala na naładowanie urządzenia w pół godziny do takiego stopnia, że energii wystarczy użytkownikowi na cały jeden dzień pracy. Uzupełnienie energii w ten sposób jest możliwe nawet wtedy, gdy wykonujemy intensywną pracę na telefonie – korzystamy z GPS lub mocno obciążamy układ graficzny. Zainstalowana bateria o pojemności 3,300 mAh ma oferować o 20 procent dłuższy czas pracy niż model 3T.

A propos pracy – tę możemy wykonywać dokonując interakcji z urządzeniem za pomocą 5,5 – calowego wyświetlacza typu AMOLED oraz rozdzielczości „tylko” Full HD. Co ciekawe, ekran pokryto szkłem 2,5 D z zaokrąglonymi krawędziami, za odwzorowanie kolorów odpowiada natomiast gamut DCI-P3.

Detale – tutaj OnePlus 5 również jawi się jako bezkompromisowy smartfon

OnePlus chwali się, że firmie udało się stworzyć najcieńszy w swojej historii smartfon. W najgrubszym punkcie pomiar wynosi 7,25 mm. Trudno mi się wypowiadać na temat zasadności nadmiernego odchudzania telefonów, bo nie jestem fanem przesadnie cienkich telefonów komórkowych (szczególnie, że często odbywa się to kosztem pojemności baterii, wytrzymałości). Niemniej, OnePlus 5 może się podobać. Potencjalni nabywcy mogą wybrać jedną z dwóch wersji kolorystycznych: Midnight Black oraz Slate Gray.

Urządzenie wyposażono również w – jak twierdzi producent – bardzo szybki czytnik linii papilarnych wykonany z ceramiki. Ten jest w stanie odblokować urządzenie w ok. 0,2 sekundy, co jest zasługą nie tylko sensora, ale również oprogramowania.

OnePlus 5 w standardowej wersji: 6 GB pamięci RAM oraz 64 GB ROM kosztuje… 499 euro. To całkiem przyzwoita cena jak za takie urządzenie. Wersja Premium jest niewiele droższa (8 GB / 128 GB): 549 euro.

The post OnePlus 5 już oficjalnie. Zobacz, jak mocarny może być smartfon appeared first on AntyWeb.


TVP wbija mnie w fotel: publiczny nadawca odsyła widzów do prywatnej konkurencji. Za darmo

$
0
0
zdziwiony kot

TVP nie ma ostatnio dobrej passy. A przez „ostatnio” należy już chyba rozumieć kilka kwartałów. Najgłośniej mówi się oczywiście o abonamencie, chociaż to nie jest wyłącznie sprawa publicznego nadawcy – leży w gestii polityków, swym zasięgiem może objąć prywatne firmy oraz jej klientów. Grubszy temat. Biznes zarządzany przez Jacka Kurskiego ma jednak problemy i bez tego.

telewizor na ulicy

Zapewne pamiętacie o aferze wokół festiwalu w Opolu. Zaczęło się ponoć od plotki, a skończyło na sporej rozróbie: artyści odmówili udziału w imprezie, miasto zerwało umowę z TVP, telewizja publiczna groziła pozwami i szukała innego miasta chętnego do zorganizowania festiwalu, w tym kontekście przywoływano Kielce. Jan Pietrzak powtarzał wówczas (i chyba robi to nadal), że to on jest powodem tego zamieszania – żarty nadal się go trzymają. Wydawało się, że miasto i telewizja pójdą swoimi ścieżkami, każdy spróbuje jakoś zrekompensować sobie straty. Aż tu nagle…

Strony poinformowały przedwczoraj, że się dogadały.

Telewizja Polska i Miasto Opole, mając na względzie wieloletnią dobrą współpracę przy organizacji Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, a także żywiąc nadzieję na kontynuację tej współpracy w przyszłości, ogłaszają, iż zawarły satysfakcjonujące obie strony porozumienie.[źródło]

Ciekawe. Nawet bardzo. Jeszcze niedawno wymachiwano pozwami, a teraz zgoda? Piękne. Co się stało? Może zadziałał zdrowy rozsądek? A może… ultimatum. W mediach pojawiła się i taka wersja wydarzeń, ponoć prezes TVP stanął przed klarownym wyborem: albo odkręci tę sprawę albo pożegna się ze stanowiskiem. Odkręcił. Zastanawia jednak, jakim kosztem. Ponoć miasto nie dołoży się do organizacji festiwalu. A za Amfiteatr i prawa do marki Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu telewizja zapłaci. Trudno stwierdzić ile w tym prawdy, lecz taki scenariusz wydaje się prawdopodobny. Najlepsze jest jednak to, że za stronę artystyczną imprezy odpowiadać będzie publiczny nadawca i to on będzie musiał dogadać się z artystami. Ci mogą się oczywiście zbuntować, ale zakładam, że przemówią do nich wysokie gaże. TVP znajdzie się pod ścianą, więc piosenkarze nomen omen zaśpiewać mogą srogie sumy. I stacja zapłaci.

Cała ta heca może dużo kosztować publicznego nadawcę. Sęk w tym, że Jacek Kurski nie płaci ze swojej kieszeni – ostatecznie mają to wziąć na swoje barki obywatele, widzowie, którzy zostaną „opodatkowani” w ramach abonamentu. A skoro już o tej opłacie mowa. Cios zadał jej… sojusznik polityczny partii rządzącej. Tomasz Sakiewicz, członek zarządu Telewizji Republika, tak skomentował sprawę abonamentu w słowach skierowanych do radzących:

– Będziecie ratować miliardami telewizję publiczną, a macie Telewizję Republika, która może mieć nawet dziesięć kanałów za jedną setną tych pieniędzy – nic nie zrobiliście w tej sprawie.[źródło]

Abonament nazwał daniną i stwierdził, że ta kwestia ma ogromny potencjał buntu społecznego. Zaskoczeni? Z jednej strony to może dziwić. Z drugiej… Przypomnę, że prywatni nadawcy nie są zachwyceni pomysłem zmian w abonamencie– mówi się głośno o tym, że stracą, bo klienci zaczną od nich odpływać. W gronie pokrzywdzonych może być także Telewizja Republika. Inną sprawą jest to, że Sakiewicz stawia swoją telewizję jako alternatywę dla TVP (tańszą alternatywę). Czyżby uważał, że te stacje niewiele dzisiaj różni, że publicznego nadawcę mogą zastąpić prawicowe media? Złośliwcy mieliby używanie…

Na koniec sprawa wręcz groteskowa: o tym, że inni robią telewizję lepiej przekonuje sama TVP. Publiczny nadawca odsyła swoich widzów do… prywatnej konkurencji. Parę dni temu ruszyła telewizja internetowa braci Karnowskich wPolsce.pl. O takim starcie może pomarzyć każdy twór tego typu: zainaugurowała go rozmowa z premier Beatą Szydło, którą transmitowała TVP Info. Powtórzę: ktoś odpala telewizję internetową, robi w niej wywiad, a ten pokazuje stacja publicznego nadawcy. To zdziwiło nawet prawicowych dziennikarzy. Czy podpisano jakąś umowę, TVP zarobiła na tej promocji? Skąd – stacje promująca i promowana wydają się być zdziwione tym, co zaszło. Tłumaczenia brzmią wręcz niedorzecznie, mój chomik wstydziłby się wygadywać takie głupoty (gdyby umiał mówić). I kto wie, może ten niepozorny zwierzak lepiej poradziłby sobie z zarządzaniem publicznymi mediami – może nie podcinałby gałęzi, na której siedzi, czyli nie odsyłał widzów (ich liczba i tak topnieje) do prywatnej tv…

Jak już pisałem: z niedowierzaniem obserwuję to, co dzieje się w TVP. Ale możliwe, że mój umysł nie sięga tak daleko, jak wizja decydentów telewizji publicznej i na koniec okaże się, że w tym szaleństwie tkwiła metoda.

The post TVP wbija mnie w fotel: publiczny nadawca odsyła widzów do prywatnej konkurencji. Za darmo appeared first on AntyWeb.

Stephen Hawking: musimy opuścić Ziemię i okiełznać wiązkę światła do podróży międzygwiezdnych

$
0
0
wiązka światła

Starmus

Starmus International Festival to międzynarodowe zebranie, którego celem jest celebrowanie astronomii, kosmosu, muzyki, sztuki oraz nauk takich jak biologia i chemia. Do tej pory Starmus odbyło się w latach 2011, 2014, 2016 na Teneryfie. Aktualne Starmus IV odbywa się teraz (od 18 do 23 czerwca 2017) i po raz pierwszy ma miejsce w Norwegii, a tematem przewodnim jest „Życie i Wszechświat” (ang. Life And The Universe). Do tej pory w Starmus uczestniczyło już wielu znanych ludzi, jak np. Neil Armstrong, Buzz Aldrin, Richard Dawkins, czy Stephen Hawking, który pomaga współtworzyć Starmus.

Sam Hawking mówi o imprezie:

Starmus to ważny i niezwykle wyjątkowy międzydyscyplinarny festiwal ludzi pracujących w najróżniejszych dziedzinach – astronomowie, astronauci, kosmologowie, fizycy, filozofowie, muzycy, artyści, biolodzy etc., którzy dzielą wspólne zainteresowanie tematem Wszechświata, jak doszło do jego powstania, jak aktualnie trwa, i jak możemy go eksplorować oraz wykorzystać jego różne aspekty.

starmus logo

Starmus IV – przemowa Stephena Hawkinga

20 czerwca Stephen Hawking podzielił się swoimi uwagami i ponownie przypomniał, że jego zdaniem ludzkość powinna eksplorować kosmos, po to żeby uniknąć przyszłych zagrożeń związanych z naszym światem. Dodał również, iż jednym ze sposobów na efektywne podróże międzygwiezdne mogłoby być okiełznanie promieni światła.

Być może podróże wykorzystujące światło brzmią absurdalnie, jednak dla naukowca równie absurdalne mogą być próby przemierzania odległości kosmicznych za pomocą… napędów chemicznych. Aktualne prędkości, które jesteśmy w stanie osiągać dzięki takim napędom, gwarantują nam możliwość dotarcia np. do planety Proxima b (krążącą wokół Proxima Centauri) w czasie ok. 3 milionów lat… To trochę za długo, żeby jakaś misja załogowa mogła tam faktycznie dolecieć. Proxima b znajduje się jakieś 4,5 lat świetlnych od Ziemi.

planeta i światło

Światło kluczem do podróży

Jednym z alternatywnych sposobów podróżowania jest wykorzystywanie silnego promienia światła, który może “pchać statek kosmiczny” do przodu. Żagle świetlne pozwoliłyby na korzystanie z tego typu napędu. To nie tylko kolejny pomysł na opowiadanie sci-fi… Hawking wraz z miliarderem Yurim Milnerem stworzyli projekt, który ma przyczynić się do powstania wielu malutkich sond (co najwyżej kilka centymetrów długości), tzw. „StarChips”, które wykorzystają nic innego jak właśnie żagle świetlne, po to aby nabrać prędkości.

Żagle potrzebują pomocy… tzn. my musimy zbudować odpowiednie lasery, które skierowane w ich stronę zaczną je rozpędzać. Hawking chciałby aby StarChipy osiągnęły 160 milionów km/h (z taką prędkością mogłyby dolecieć do Marsa z Ziemi w ciągu jednego dnia). Dzięki osiągnięciu 1/5 prędkości światła, malutkie sondy dotarłyby do układu gwiezdnego alfa Centauri w ciągu zaledwie 20 lat.

Dlaczego to takie ważne, żeby opuścić Ziemię?

Stephen Hawking tłumaczy:

Powoli ubywa nam miejsca, a jedyną alternatywą będą inne światy. Nadszedł czas, żeby eksplorować inne układy gwiezdne. Rozprzestrzenianie się może być jedyna rzeczą, która uratuje nas przed nami samymi. Jestem przekonany co do tego, że ludzie powinni opuścić Ziemię.

Źródło 1, 2

The post Stephen Hawking: musimy opuścić Ziemię i okiełznać wiązkę światła do podróży międzygwiezdnych appeared first on AntyWeb.

Rekordowo wysoki okup wypłacony hakerom. Koreańczyk sprzedał biznes, by zdobyć pieniądze

$
0
0

Okup, który pogrążył przedsiębiorcę – tak w skrócie można opisać tę sprawę. Media donosiły w ostatnim czasie, że człowiek musiał sprzedać firmę i poświecić resztę majątku, by spełnić żądania hakerów i uratować dane klientów. Bohater. Albo człowiek, który bagatelizował kwestie bezpieczeństwa i w końcu musiał zapłacić za błędy z przeszłości.

Rzecz dzieje się w Korei Południowej i dotyczy firmy hostingowej Nayana. Jakiś czas temu padła ona ofiarą wirusa Erebus, który zainfekował ponad 150 serwerów. Dostęp do swoich danych utraciło kilka tysięcy klientów. Atakujący zażądali ponad 4 mln dolarów w bitcoin, a szef firmy… rozłożył ręce, bo takiej sumy nie posiadał. Zresztą, nie od dzisiaj wiadomo, że trzeba negocjować. Przystąpiono zatem do pertraktacji i udało się zbić kwotę do miliona dolarów (z ogonkiem). Sumę podzielono na trzy transze, kolejne są wypłacane, gdy uda się odzyskać określoną część danych. Ponoć 2/3 kwoty już przekazano hakerom.

Informacja o współpracujących hakerach brzmi wręcz zabawnie: można się z nimi dogadać w kwestii ceny, a potem jeszcze służą pomocą przy odzyskiwaniu danych. To nie są jacyś podli obcinacze palców – nowa kultura „porwań”. Inną ciekawą kwestią jest „bohaterstwo” przedsiębiorcy. Trafiłem już na pytania o to, czy w Europie albo USA szef firmy zachowałby się podobnie i poświęcił własne pieniądze dla ratowania klientów. Czasem pada odpowiedź, że nie, że w Korei panują inne zasady. Warto jednak zastanowić się nad alternatywą, jaką miałów człowiek: gdyby nie zapłacił, majątek pewnie pożarłyby pozwy klientów.

Teraz mógł przynajmniej sprzedać firmę (cena musiała być naprawdę atrakcyjna), wyjdzie z twarzą z owej historii. A należy przecież zadać pytania o zabezpieczenia stosowane przez jego biznes – to w ich słabości należy się doszukiwać problemów. Na dobrą sprawę może być o nim jeszcze głośno, stanie się dobrym przykładem dla innych. Do tej pory nie mieliśmy do czynienia z takimi sumami, gdy chodziło o okup dla hakerów. A jeśli już ktoś płacił, nie podawał tego do wiadomości publicznej – niedawno ofiarą ataku mógł paść Disney i chociaż zapewniał, że nie będzie płacił, to trudno stwierdzić, jak się sprawa skończyła. Jeśli zatem przedsiębiorcy usłyszą, że można stracić biznes przez zaniedbania tego typu, może wezmą się do pracy?

To z kolei oznacza, że hakerom może być trudniej. Chyba, że ataki szybko nasilą się, ludzi zmotywuje do działania suma wypłacona przez Koreańczyka: działajmy teraz póki firmy są słabo chronione, a przedsiębiorcy są wystraszeni. Może być naprawdę ciekawie. Możliwe, że rekordowy okup (oficjalnie) niebawem będzie znacznie wyższy, o ransomware pewnie usłyszymy niejednokrotnie. Przypomnę przy tym zalecenia specjalistów, by nie płacić hakerom w takich sytuacjach, bo nie ma pewności, że odzyska się dane. No chyba, że będą tak pomocni, jak w opisywanej sprawie…

The post Rekordowo wysoki okup wypłacony hakerom. Koreańczyk sprzedał biznes, by zdobyć pieniądze appeared first on AntyWeb.

Samochody autonomiczne uratują ponad pół miliona ludzi. Ten rynek ma być wkrótce wart 800 miliardów dolarów

$
0
0

Mówiąc o „ekonomii pasażerskiej”, mamy na myśli przede wszystkim autonomiczne pojazdy, ale też wspierające ich działanie inteligentne technologie miejskie. Wszystko to ma sprawić, że kierowca nie będzie musiał koncentrować się na prowadzeniu auta, a ten czas będzie mógł wykorzystać w zupełnie inny sposób. To jednak również (a może przede wszystkim) droga do rekonfiguracji całych branż (głównie transportowej), a także kreowania zupełnie nowych sektorów gospodarki.

Mobilność jako usługa – Mobility as a Service (MaaS). Szacuje się, że przyniesie to przychód rzędu 3 bln USD, a więc 43 proc. całej ekonomii pasażerskiej. Rynek konsumencki miałby przynieść 3,7 biliona USD, a więc 55 proc. Mobilne aplikacje oraz usługi, które również będą się rozwijać wraz z popularyzacją autonomicznych samochodów wygenerują natomiast 200 mld przychodu.

Odstawmy jednak na bok pieniądze. Z przeprowadzonego przez Intela badania „Passenger Economy” wynika, że w latach 2035-45 autonomiczne samochody mają uratować 585 tys. ludzi. Tym sposobem koszty bezpieczeństwa publicznego związanego z wypadkami drogowymi miałyby się zmniejszyć o ponad 234 mld USD. To oczywiście prowadzi to całej masy wątpliwości. Co bowiem w sytuacji, gdy szansa na uratowanie dwóch osób będzie identyczna? Kogo wówczas poświęci autonomiczne auto? Pasażera? Pieszego? Dziecko? Staruszkę? Tego typu moralne dylematy ciągle pozostają w sferze spekulacji, a producenci póki co odkładają ich rozwiązanie na ostatni etap wdrożenia całej technologii.

A skoro o procesie wdrażania mowa. Wyróżniamy 5 stopni, według których opisuje się stopień samodzielności pojazdów:

  • Poziom 1– kierowcy pomagają takie rozwiązania, jak aktywny tempomat lub czułe hamowanie
  • Poziom 2– kierowca podczas prowadzenia auta jest wspierany przez czujniki parkowania, asystenta pasa ruchu i im podobne technologie.
  • Poziom 3– automatyzacja warunkowa, co oznacza, że interwencje kierowcy są ograniczone wyłącznie do sytuacji awaryjnych. Na tym etapie zaawansowania aktualnie znajduje się technologia.
  • Poziom 4– Kierowca nie obsługuje kierownicy w ogóle, a jedynie skupia swoją uwagę na kontrolowaniu działania systemu.
  • Poziom 5– Pełna automatyzacja, gdzie kierowca odpowiada tylko i wyłącznie za wprowadzenie adresu. Nie musi podczas jazdy nawet przez chwilę kontrolować systemu. Cały dalszy proces odbywa się bez jego udziału.

Pierwsze samochody są już testowane. Za oceanem testy prowadzą m.in. Google i Uber. Nie tak dawno mówiło się o eksperymentalnych ciężarówkach Volvo, które wyjechały w trasę. Jeszcze w 2017 roku na europejskie drogi wyjdzie aż 40 pierwszych autonomicznych pojazdów BMW. W 2021 roku firma planuje uruchomić ich seryjną produkcję.

Aby jednak to było możliwe, potrzebujemy ogromnej mocy obliczeniowej. I tutaj pojawia się Intel, który nie od dziś inwestuje w autonomiczną jazdę rozwijając swoją platformę Intel GO. Już teraz współpracę z nim nawiązały największe koncerny motoryzacyjne z BMW, Nissanem i Toyotą na czele. Ich auta będą napędzane procesorami Intel Xeon i Intel Atom. Ich rola nie będzie się jednak ograniczała do wykonywania obliczeń. Między samochodem a centrami danych (również zresztą napędzanymi przez Intela) będą przesyłane ogromne ilości danych – nawet 1 Gb na sekundę. To wymaga szybkich sieci 5G. I zgadnijcie, kto je rozwija – oczywiście również m.in. Intel. Firma zamierza zatem dostarczyć kompleksowe (end to end) rozwiązania, które każdy producent aut będzie mógł wdrożyć w swoim portfolio.

Szacuje się, że w ciągu roku dzięki autonomicznym samochodom mieszkańcy najbardziej zatłoczonych miast świata zaoszczędzą ponad 250 mln godzin. Co zrobimy z tym czasem? Możliwości jest wiele. Autonomiczne samochody mogą stać się lokalami usługowymi, gabinetami lekarskimi, a nawet miniaturowymi hotelami. Pracodawcy zamiast służbowych samochodów zaoferują swoim pracownikom MaaS jako dodatek do wynagrodzenia. A rynek reklamy otrzyma zupełnie nowe możliwości wyświetlania treści promocyjnych w oparciu o lokalizację. Technologia autonomicznego prowadzenia pojazdów wykreuje zupełnie nową rzeczywistość.

Tekst powstał we współpracy z firmą Intel

The post Samochody autonomiczne uratują ponad pół miliona ludzi. Ten rynek ma być wkrótce wart 800 miliardów dolarów appeared first on AntyWeb.

Siri, Alexa, Cortana i reszta – bądźcie w końcu bardziej ludzkie!

$
0
0
chatbot-czlowiek

Ludzie i maszyny

Natknąłem się na bardzo fajny wywiad opublikowany na stronie Science Magazine. Przede wszystkim zadano tam pytanie: kiedy chatboty staną się bardziej jak prawdziwi ludzie? Było to kluczem do przeprowadzenia rozmowy z Alexandrem Rudnicky, informatykiem-naukowcem z Carnegie Mellon University w Pittsburghu w stanie Pensylwania, który specjalizuje się w tematyce konwersacji między ludźmi a maszynami (ang. human-machine conversations).

Współpraca ludzi i maszyn może przebiegać efektywniej, w momencie kiedy wspomniane maszyny będą sprawnie identyfikować nasze cele oraz dobrze rozumieć nasze intencje… a konkretniej mówiąc chodzi o tu o chatboty, z którymi podejmujemy rozmowy i oczekujemy, że po pierwsze dobrze nas zrozumieją, a po drugie będą nam pomocne. Wydaje się, że aby tak było, powinny być trochę bardziej jak… my, ludzie.

Czym jest chatbot?

Na pytanie czym dokładnie jest chatbot, pan Rudnicky informuje, że początkowo były to systemy dialogowe, które mogły wchodzić w interakcje z ludźmi za pośrednictwem tekstu, albo mowy. W środowisku badaczy przedrostek „chat” informował o tym, iż jest to coś związanego z interakcjami niezorientowanymi na osiągnięcie konkretnego celu… po prostu rozmowa dla samej rozmowy.

Co ciekawe, Alexander Rudnicky nie traktuje np. Siri jak pełnoprawnego „chat systemu”, ponieważ jest to bardziej urządzenie stanowiące źródło dostępu do informacji… Za pośrednictwem Siri można wybrać kogoś z listy kontaktów, dowiedzieć się czegoś na temat pogody, albo usłyszeć jak się dostać w określone miejsce. Dodatkowo Siri zawiera garść sprytnych sztuczek, dzięki którym ludzie mogą odnieść wrażenie, że naprawdę mają do czynienia z jakąś formą partnera do rozmowy. Jeśli poinformujemy Siri o tym, iż aktualnie jesteśmy nadzy, wtedy możemy usłyszeć: „A ja myślałam, że kochasz mnie ze względu na mój umysł”. Po przygotowaniu kilkuset takich gotowych odpowiedzi, można sprawić, że użytkownik tego urządzenia pomyśli sobie „Wow, ona jest prawdziwa”.

Gdzie leży prawdziwa wartość takich chatbotów?

Siri, Alexa i inne urządzenia przypominające chatboty powinni być jak najbardziej wartościowe dla swoich użytkowników. Żeby to osiągnąć, powinny lepiej sobie radzić z ocenianiem kontekstu wypowiedzi oraz z korzystaniem z wiedzy o świecie. Powinny się od nas uczyć i powinny dokonywać sprawnej oceny odnośnie tego, czy dana wypowiedź była dla nich niezrozumiała i czy nie powinny nauczyć się czegoś nowego, żeby w przyszłości uniknąć ewentualnych nieporozumień.

Rudnicky podaje przykład, mówiąc, że jeśli powie do systemu: „Hej, chciałbym wczoraj pójść na kolację z moimi przyjaciółmi”, wtedy jakaś część systemu powinna dojść do wniosku na zasadzie: „Muszę go poinformować o tym, że nie rozumiem tej wypowiedzi”.

Interakcja, nauka, lepsza pomoc

Kolejna sprawa, to sytuacje w których ludzie zachowują się w sposób, który mógłby zostać lepiej zrozumiany przez asystenta/chatbota, ale ten musiałby do tego dojść poprzez interakcję z człowiekiem. W momencie kiedy użytkownik posługuje się kilkoma różnymi aplikacjami jednocześnie, można zadać mu pytanie „co robisz w tej chwili?”, na co ten udzieli odpowiedzi „planowałem wieczór ze znajomymi i chciałem sprawdzić okoliczne restauracje oraz przedstawienia, a później rozmawiałem o tym ze znajomymi i pytałem ich o opinie, no i jeszcze zerkałem na mapę…”. Gdyby chatbot mógł się nauczyć rozpoznawać takie zachowanie i sprawnie przypisywać je do naszych intencji… wtedy mógłby zacząć pomagać. Następnym razem kiedy powiem, że chcemy zorganizować kolację ze znajomymi, asystent będzie wiedział które aplikację są dla nas pomocne w osiąganiu takiego celu. Otworzy je dla nas, zacznie nawet wysyłać wiadomości do znajomych, w których będą informacje z tych aplikacji (restauracje, droga do tych miejsc na mapie itd.).

Powyższe jest przykładem tego nad czym pracuje Alexander Rudnicky. Chat systemy, które są bardziej jak ludzie będą bardziej użyteczne. Zapytają nas co aktualnie robimy i spróbują nas zrozumieć, po to żeby w przyszłości lepiej nam pomagać. Wiąże się to również z bardziej naturalnymi rozmowami, które nie bazują tylko na wcześniej przygotowanych zabawnych wypowiedziach, albo samym odczytywaniu informacji na temat pogody.

Źródło

The post Siri, Alexa, Cortana i reszta – bądźcie w końcu bardziej ludzkie! appeared first on AntyWeb.

No wreszcie coś przydatnego – układaj z innymi playlisty Spotify bezpośrednio w Messengerze

$
0
0

Wspólny wyjazd albo nadchodząca impreza – to dwa przykłady, które przychodzą mi jako pierwsze do głowy na proste zastosowanie nowości od Spotify. Trzeba przyznać, że jest to pierwsza od dłuższego czasu nowinka, która pokazuje, że Spotify mogło nie zatracić swojej dynamiki działania i pomysłowości. Szykuje się powrót do formy i regularne aktualizacje? Miejmy nadzieję.

Grupowe playlisty Spotify w Messengerze

Wprowadzona do Messengera nowość dostępna jest w tym samym miejscu, co pozostałe dodatki. Po tapnięciu na „plusik” wybieramy ikonkę Spotify. Na nowootwartym panelu ujrzymy już wcześniej oferowaną funkcję szybkiego podzielenia się piosenką, ale u dołu ekranu umieszczono skrót do opcji tworzenia playlisty. Musimy oczywiście nadać jej odpowiednią nazwę i chwilę później pojawi się możliwość wysłania jej do konkretnej osoby lub grupy osób.

Co istotne, dodawanie utworów przez inne osoby działa także wtedy, gdy nie są one użytkownikami Spotify. To spore udogodnienie, ponieważ otwiera to możliwość współtworzenia playlisty przez wszystkich chętnych, a przecież każda osoba ma swoje preferencje – mogła wybrać Apple Music, Tidala czy Deezera albo nie korzystać z takich usług wcale.

Dodawanie utworów działa na takiej samej zasadzie, jak samo wysyłanie kawałków – po prostu trafiają one na koniec playlisty. Wielka szkoda, że nie jest to w żaden sposób potwierdzane komunikatem rozsyłanym do wszystkich uczestników konwersacji. Co prawda mogło to by stworzyć mały bałagan w oknie rozmowy, ale ciągłe sprawdzanie zawartości listy piosenek, by dowiedzieć się co zostało już dodane, nie jest zbyt wygodne.

Upewnijcie się, że macie zainstalowane najnowsze wersje Spotify i Messengera na urządzeniach z Androidem lub iOS-em – współtworzenie playlist jest już dla wszystkich dostępne.

The post No wreszcie coś przydatnego – układaj z innymi playlisty Spotify bezpośrednio w Messengerze appeared first on AntyWeb.

Apple nie potrafi walczyć z przeciekami – sami zobaczcie dlaczego

$
0
0

Najgorsze (dla Apple) jest to, że owe informacje są często bardzo trafne. Rok temu, przed ujawnieniem nowego iPhone’a mieliśmy już komplet danych na temat iPhone’a 7. Obecnie również wydaje się, że o iPhone’ie 8 wiemy już absolutnie wszystko i Cupertino nas niczym nie zaskoczy. O ile dla fanów marki, mediów jest to zjawisko pozytywne, tak Apple nie ma się z czego cieszyć. Konkurencja ze sporym wyprzedzeniem dowiaduje się, jaka myśl przyświecała Apple tym razem, a media rozpracowują kolejne generacje sprzętów odbierając nieco magii konferencjom Apple.

Dlatego Apple aktywnie walczy z przeciekami. Nieskutecznie, ale jednak…

Z tego powodu zorganizowano seminarium pracownicze, w którym udział brało również kilku, wysoko postawionych osobistości w Apple. Postanowiono porozmawiać na temat tego, jakie są obecnie trendy w niekorzystnym dla Apple zjawisku, jak walczy się z niekontrolowanymi przeciekami, a nawet przywołano wypowiedź Tima Cooka, który raczej nie jest ucieszony z incydentów powodujących przedwczesne pokazanie kart światu. Dzięki temu, że szczegóły na temat tych rozmów… wyciekły do internetu (o ironio), wiemy, że Apple ma potężne problemy z utrzymaniem w ryzach swoich tajemnic i ma to charakter wielowymiarowy.

iphone 8, apple

Jak wspomniałem na początku wpisu – Apple to jedna z firm znajdujących się „na świeczniku”. Z poprawką na to, że Cupertino jest na samym szczycie – a to oznacza, że podmiot jest podatny na wycieki bardziej, niż ktokolwiek inny. Media, konkurenci są bardzo zainteresowani tym, co dzieje się wewnątrz molocha i płacą niemałe pieniądze za jakiekolwiek dane na temat przyszłych planów firmy. Pracownicy fabryk potrafią nawet spuszczać części iPhone’ów w toalecie po to, aby „wyławiać” je z kanałów ściekowych. Pracownice ukrywają je natomiast w biustonoszach i innych częściach garderoby. Nagminnie elementy obudów przerzuca się przez wysokie płoty – za takie „akcje”, pracownicy fabryk mogą liczyć nawet na trzykrotność ich miesięcznej wypłaty (co i tak nie oznacza „dużo”).

Również media wywierają spore naciski na pracowników, które są bardzo zdeterminowane w zdobywaniu informacji o przyszłych planach giganta. Należy zauważyć, że podobnych problemów (a przynajmniej w takiej skali) nie ma Microsoft, Google, czy inni producenci. Jedynie Samsung, który funkcjonuje obecnie jako lider rynku smartfonów częściej niż inni ma problem z przeciekami. To oczywiście cena za bycie „pierwszym” w zestawieniach.

Apple – mimo, że walczy z przeciekami jest tutaj na straconej pozycji. Trudno jest sprawować zdrowy nadzór nad procesem produkcyjnym, stołami kreślarskimi i całą korespondencją wewnątrz firmy. Nie da się także kontrolować życia osobistego pracowników, czy tych biurowych, czy tych pracujących bezpośrednio przy produkcji.

The post Apple nie potrafi walczyć z przeciekami – sami zobaczcie dlaczego appeared first on AntyWeb.


nBox – zakładanie kont w różnych serwisach, bez podawania własnego adresu email

$
0
0

Jak to działa? Wystarczy wejść na stronę, która wymaga założenia konta, kliknąć w ikonę rozszerzenia w przeglądarce i skorzystać z wygenerowanego adresu email. Będzie on przyporządkowany tylko tej witrynie i zapisany w naszej skrzynce z adresami.

W przypadku, gdy zakładamy konto w serwisie, który wymaga potwierdzenia, nBox poinformuje nas o tym i po kliknięciu w powiadomienie przeniesieni zostaniemy do treści wiadomości w celu potwierdzenia adresu.

I tu ciekawa kwestia, wszystko się dzieje w domenie serwisu, czyli lista wiadomości pod adresem https://nbox.notif.me/list, a lista adresów email– https://nbox.notif.me/settings. Podejrzewam, że dla każdego użytkownika są takie same. Rozumiem też, że dane odczytywane są z pamięci przeglądarki, pytanie tylko, co w przypadku, gdy chcemy skorzystać z innego komputera i przeglądarki, albo po sformatowaniu komputera?

Odpowiedź znalazłem w wątku na Hacker News, gdzie twórcy wyjaśniają, że pracują nad udostępnieniem opcji założenia konta, gdzie będą przechowywane wszystkie nasze adresy. W planach są też aplikacje mobilne.

Co do oświadczenia, że usługa będzie zawsze darmowa, twórcy wyjaśniają, że udostępniają nBox za darmo, do promowania marki i swoich usług. Z kolei na Product Hunt tłumaczą użytkownikowi, który obawia się, że usługa zostanie nagle wyłączona i straci dostęp do wielu serwisów, że nie planują tego, ale jeśli tak się stanie, udostępnią opcję eksportu danych.

Tymczasem nBox przyda mi się, do zakładania kont w różnych serwisach i usługach, które testuję dla Was, do tej pory było ich całe mnóstwo, przez co trochę zaśmieciłem sobie prywatną skrzynkę. Myślę, że z nBox trochę odciążę swojego Gmaila. Przyda się też do zapisywania w różnych newsletterach.

Osobiście wydaje mi się to wygodniejszym rozwiązaniem do tego niż serwisy z adresami tymczasowymi. nBox zintegrowany jest z przeglądarką, adresy są „pod ręką”, nie trzeba ich pamiętać i wchodzić na dodatkowy serwis, by je kopiować. nBox rozpoznaje dane witryny, do których generował adresy i automatycznie uzupełnia pole loginu właściwym adresem. Do tego dochodzą powiadomienia webpush, dzięki którym szybko przechodzimy do przychodzącej korespondencji.

Z chwilą udostępnienia opcji zapisywania adresów na swoim koncie i synchronizacji z innymi urządzeniami w tym mobilnymi, uzyskamy kompletne, fajne i użyteczne rozwiązanie problemu ze spamem czy sprzedawaniem/udostępnianiem reklamodawcom naszych adresów.

The post nBox – zakładanie kont w różnych serwisach, bez podawania własnego adresu email appeared first on AntyWeb.

Zapłacisz więcej za Ubera. O ile każesz kierowcy na siebie czekać

$
0
0

Jeżeli okaże się, że kierowca nie rozpoczął przejazdu z powodu konieczności oczekiwania na klienta w ciągu dwóch minut, rozpocznie się naliczanie opłaty minutowej. Ma to na celu zwiększenie komfortu kierowców, którzy według usługodawcy mogą sporo stracić, jeżeli wystąpi konieczność oczekiwania na klienta. Jako, że w ekstremalnych przypadkach dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji z tym związanych, zdecydowano się wprowadzić dodatkową opłatę, która wyrówna szkody kierowców związane z niesłownością pasażerów.

Polubiłeś jakiegoś kierowcę? Daj mu napiwek!

Z moich doświadczeń wynika, że kierowcy Ubera to całkiem mili ludzie – nie mają problemu z pomożeniem we wniesieniu bagażu do samochodu (jeden z nich nawet próbował mi „wyrwać” bagaż… ;) ), jeżeli klient sobie tego życzy – porozmawiają i jeżdżą raczej w taki sposób, który nie przeszkadza pasażerowi. Polacy na razie z tego nie skorzystają, ale opcja ta jest już dostępna w USA. Otóż, po zrealizowanym zleceniu możemy nagrodzić naszego kierowcę nieobowiązkowym napiwkiem, który w całości trafi do niego. Uber od tej kwoty nie pobierze żadnych opłat.

uber

Jednocześnie, wprowadzono zmianę, która nakłada nieco większe ograniczenia w zakresie anulowania przejazdów. Dotychczas, Uber pozwalał na zrezygnowania z usługi w ciągu 5 minut od zgłoszenia zlecenia. Z powodu licznych nadużyć oraz szkód kierowców, ów czas zmniejszono do jedynie dwóch minut. Według nas, taki czas jest zdecydowanie wystarczający do tego, aby „przemyśleć” sprawę i ewentualnie poinformować Ubera o tym, że jednak nie chcemy korzystać z usługi. Jeżeli zdecydujemy się na anulowanie zlecenia po 2 minutach, zostaniemy obarczeni dodatkową opłatą.

Uber ponadto wprowadza „miejsca docelowe” dla kierowców. Co to oznacza? Dwa razy dziennie możliwe będzie przez nich zmienienie żądanej lokalizacji, co spowoduje, że będą akceptować tylko przejazdy, które kończą się wyłącznie w jego pobliżu. Z tej nowości skorzystają kierowcy Ubera nie tylko w USA, ale również w Polsce i na kilku wybranych rynkach.

Uber wprowadza pożądane zmiany – głównie przez kierowców

Nowości w Uberze to odpowiedź na narzekania niektórych grup kierowców. W środowisku pojawiały się głosy, że wiele spraw, które w typowych taksówkach są od dawna uregulowane, w Uberze stawiają kierowcę na przegranej pozycji. Chodziło głównie o czasy oczekiwania na klientów oraz o anulowania zleceń, do których już ktoś wyjechał. Możliwość wręczania napiwków przez aplikację to również bardzo ciekawa dla pracowników Ubera zmiana, jednak mam wątpliwości co do tego, czy taka opcja będzie popularna wśród klientów i czy nie nastąpią w stosunku do niej nadużycia ze strony kierowców.

The post Zapłacisz więcej za Ubera. O ile każesz kierowcy na siebie czekać appeared first on AntyWeb.

Test PHILIPS 328P6VJEB – 32 calowy monitor 4K dla ambitnego użytkownika domowego

$
0
0

Dobrą propozycją, która zaspokoi większość potrzeb domowych użytkowników jest PHILIPS 328P6VJEB – 32 calowy monitor 4K w rozsądnej cenie, który oferuje lepsze niż zazwyczaj odwzorowanie kolorów.

Najważniejsze parametry monitora Philips

Zacznijmy od parametrów, które już na wstępie pozwolą zorientować się z czym mamy do czynienia. Ekran ma przekątną 32 cale, z czego sam wyświetlacz oferuje przekątną 31,5 cala. Rozdzielczość panelu to 4K UHD czyli 3840 x 2160 pikseli. Matryca została wykonana w technologi VA. Przetwarzanie obrazu odbywa się z dokładnością 12 bitów, a sama matryca oferuje 10 bitową głębię kolorów. Dlatego producent określa kategorię monitora jako Ultra Wide-Color. O kalibracji i wynikach pomiarów będę mówił później. Zmęczenie oczu ma być ograniczone dzięki technologii Flicker-free. Czas reakcji od szarości do szarości, to według producenta 4 ms.

Wejścia sygnału do monitora to:

  • DisplayPort
  • HDMI (2.0) – MHL x 1 – można podłączyć urządzenia mobilne
  • DVI – Dual Link
  • VGA

Możliwe jest wyświetlenie obrazu z dwóch źródeł jednocześnie, zarówno jako Picture in Piture (PIP), oraz Picture by Picture  (PBP), czyli obok siebie. Monitor wyposażono w dwa głośniki o mocy 3W, oraz w 4 porty USB 3.0, z czego jeden z nich wspiera szybkie ładowanie. Można wygodnie podłączyć do monitora dysk lub pendrive, bez sięgania do komputera.

Podstawa zapewnia funkcję pivot, czyli możliwość ustawienia ekranu pionowo, a także swobodną regulację wysokości, co jest moim zdaniem niezbędne do komfortowego korzystania z dowolnego monitora.

Jak widać, specyfikacja jest bardzo solidna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że monitor można kupić za mniej niż dwa i pół tysiąca złotych.

4K i 32 cale w codziennym użytkowaniu Philipsa 328P6VJEB

Czy 32 cale to nie za dużo? Po co mi ekran 4K, skoro materiałów o tej rozdzielczości jest jak na lekarstwo? To są zapewne pytania, które cisną się wielu osobom na usta. Spiszę z odpowiedzią, że praca na takim monitorze to prawdziwa przyjemność i sądzę, że do takich parametrów będą dążyły monitory biurkowe w najbliższych latach.

Po pierwsze rozmiar – przy rozdzielczości 4K mały ekran nie pozwoli w pełni wykorzystać wysokiej rozdzielczości. To jak z ekranem w smartfonie – wiele flagowców ma dzisiaj ekrany QHD, a Xperia XZ Premium ma nawet pełnoprawne UHD, a mimo to nie da się na nich pracować równie produktywnie, jak na monitorze biurkowym. Większa gęstość pikseli zapewnia ostrzejszy obraz, ale do wygodnej pracy odpowiedni rozmiar jest konieczny. W moim odczuciu rozmiar 32 cali jest optymalny zarówno pod względem wygody użycia, jak i zastosowanej rozdzielczości 4K. Z jednej strony można go ogarnąć siedząc przy biurku, bez kręcenia głową na boki, czy komfortowo obejrzeć film siedząc wygodnie, a z drugiej strony nie trzeba zbyt mocno przeskalowywać obrazu, czyli powiększać go, żeby litery były czytelne. Wygodne ustawienie, to 150% wielkości interfejsu systemowego, ale nawet bez przewekslowania da się wszystko rozczytać, gdy potrzebna jest przestrzeń robocza w niektórych aplikacjach.

Rozdzielczość 4K jest czterokrotnie większa niż Full HD, która jest najpopularniejszym standardem. Jeśli nie korzystamy z przeskalowania wielkości interfejsu, na ekranie PHILIPS 328P6VJEB zmieści się dokładnie tyle informacji, co na 4 ekranach Full HD. W praktyce jednak PHILIPS zajmuje na moim biurku mniej miejsca, niż dwa monitory Full HD, z których korzystam prywatnie na co dzień. Korzystanie z takiego monitora jak PHILIPS oznacza, że podczas montażu wideo w rozdzielczości Full HD, podgląd materiału w pełnej rozdzielczości, bez przeskalowania, zajmie tylko 1/4 ekranu, pozostawiając 3/4 na interfejs programu do montażu. Normalnie do takiego podglądu w pełnej rozdzielczości potrzebuję dedykowany tylko do tego celu, osobny monitor.

Mając jeden duży monitor o wysokiej rozdzielczości zyskujemy elastyczność – możemy przeskalować interfejs do dużego i komfortowego, zyskując na gładkości czcionek i ostrości obrazu, albo cieszyć się ogromną przestrzenią roboczą bez przeskalowania. Zarówno wielkość jak i rozdzielczość grają na naszą korzyść, nawet jeżeli w ogóle nie korzystamy z materiałów 4K. Z resztą zdjęcia i tak mają wysoką rozdzielczość i na tak dużym monitorze prezentują się rewelacyjnie, oferując znacznie więcej szczegółów, niż w mniejszych rozdzielczościach. Jeśli natomiast mamy możliwość nagrywania filmów 4K w aparacie, to wysoka rozdzielczość ekranu dopasowana do rozdzielczości filmu przynosi oczywiste korzyści. Chociaż materiały Full HD są zazwyczaj wystarczające, to jednak 4K oferuje bardzo odczuwalną poprawę jakości i szczegółowości obrazu.

Gry w 4K na Philips 328P6VJEB

Jeśli wysoka rozdzielczość może gdzieś przynieść negatywne skutki, to w zwłaszcza w grach. Chodzi oczywiście o wydajność. Dotąd wiele mówiło się o tym, że 4K zabija każdy komputer. Dopiero niedawno wydana karta Nvidia GTX 1080 Ti pozwala na uruchomienie maksymalnych ustawień w niemal każdym tytule, jednak mało kto może sobie na taką kartę graficzną pozwolić. Czy zatem PHILIPS 328P6VJEB słabo nadaje się do gier? Moim zdaniem nadaje się dobrze, z wyjątkiem profesjonalnych graczy.

Po pierwsze wiele gier da się uruchomić w maksymalnej rozdzielczości i na maksymalnych detalach, jeśli należą do grona tych lepiej zoptymalizowanych. W najnowszego Dooma czy Overwatch’a do się zagrać na epickich ustawieniach nawet na GTX 970, jeśli ktoś jest w stanie zaakceptować niższą od 60 ilość klatek na sekundę. Najważniejsze jednak, że wiele gier na ustawieniach ultra ma duży spadek wydajności, oferując przy tym niewielką poprawę efektów wizualnych. Sam należę do osób, które preferują maksymalne dostępne ustawienia, często jednak okazuje się, że gra na dużym monitorze w rozdzielczości 4K oferuje lepsze wrażenia, nawet na średnio-wyższych ustawieniach graficznych, niż w Full HD na maksymalnych detalach. Ostrość tekstur w 2160p robi duże wrażenie. Wygładzanie krawędzi ma mniejsze znacznie, skoro rozdzielczość całego obrazu jest wyższa, to i krawędzie są gładsze.

Podsumowując, granie w 4K ma dzisiaj jak najbardziej sens. Nawet na niekoniecznie najszybszych kartach graficznych może zaoferować dużo przyjemności. Nawet jeżeli wyjdzie tytuł, który preferujemy na ustawieniach maksymalnych, to niższą rozdzielczość zawsze można ustawić. Monitor trzymamy zwykle znacznie dłużej niż kartę graficzną, czy cały komputer. Z tego względu PHILIPS i tak najprawdopodobniej doczeka u nas na biurku czasu, w którym granie w 4K będzie równie rozpowszechnione i łatwo dostępne, jak dzisiaj w 1080p. A do tego czasu wyższa rozdzielczość da się wykorzystać w każdym innym zastosowaniu.

Jakoś obrazu i kalibracja

Korzystając z kalibratora Spyder4Elite dokonałem pomiarów i kalibracji monitora PHILIPS 328P6VJEB. Jeśli chodzi o paletę kolorów, to PHILIPS oferuje 100% pokrycia sRGB, 87% pokrycia NTSC, oraz 90% Adobe RGB. To znacznie lepszy wynik od mojego monitora Asus w proporcjach 21:9, który był tańszy o mniej niż tysiąc złotych i oferuje obraz 1080p, a także lepiej od mojego starego 19 calowego monitora Eizo, który był co prawda bardziej do zastosowań biurowych, ale za to najwyższej jakości w swoim czasie. Jakie można z tego wyciągnąć wnioski?

PHILIPS 328P6VJEB dobrze przechodzi proces kalibracji i daje dobre efekty. Faktycznie oferuje szerszą paletę barwną i wierniejsze odwzorowanie kolorów, niż nawet bardzo dobre monitory biurowe i domowe uniwersalnego użytku. Oczywiście nie można go postawić na tej samej półce co monitory Eizo do pracy z kolorem, ale jest też różnica w cenie – taki Eizo CG2420 kosztuje 5 tysięcy złotych za zaledwie 24 cale w rozdzielczości Full HD i jest zaledwie na początku linii monitorów dedykowanych do pracy z kolorem dla profesjonalistów. PHILIPS w połowie niższej cenie oferuje czterokrotnie wyższą rozdzielczość i znacznie większą przekątną, jednocześnie i tak znacznie lepiej radząc sobie z odwzorowaniem kolorów, od monitorów ogólnego, domowego użytku. Uważam, że to bardzo rozsądny kompromis, optymalny dla kogoś, kto nie pracuje zawodowo z kolorem, ale jest ambitnym fotografem i chce obrabiać swoje zdjęcia i filmy na odpowiednio wysokim poziomie.

W kwestii jakości można przyczepić się do dwóch rzeczy. Pierwsza to równomierność podświetlenia. Na tak dużym ekranie podświetlanie nie będzie idealne, zwłaszcza w przystępnej cenie, i faktycznie nie jest. Różnica sięga 20% w lewym górnym i dolnym rogu. Mimo wszystko raczej ciężko to zauważyć w codziennej pracy. Poza tym, przed kalibracją ekranu, kolory są nie tylko mniej adekwatne, co jest oczywiste – po to stosuje się kalibrację ekranu, ale też mniej kontrastowe i trochę wyprane – chociaż widać to dopiero wówczas, gdy postawimy drugi monitor do porównania. Z tego względu zalecałbym choćby jednorazowe wypożyczenie kalibratora i skalibrowanie monitora po zakupie, a wyświetlany obraz wiele zyska na soczystości kolorów i problem zostanie rozwiązany.

Ergonomia i uwagi

Z wbudowanych w monitor głośników nie korzystałem. Uważam, że oczekiwanie od wbudowanych w monitor głośników sensownego brzmienia jest bez sensu, zwłaszcza, że mówimy o monitorze biurkowym sporych rozmiarów, a więc i miejsca na głośniki nie powinno zabraknąć. Podobnie nie korzystałem z dzielenia ekranu pomiędzy dwa źródła – zwykle podłączam więcej monitorów do jednego komputera, a nie odwrotnie, więcej komputerów do jednego monitora.

Przyciski do regulacji ustawień i obsługi OSD działają zbliżeniowo. W kategorii tego rodzaju interfejsu działają w miarę przewidywalne, ale nie rozumiem niechęci do zwykłych, wciskanych guzików, które w moim odczuciu są wygodniejsze. Dają się wyczuć pod palcem, dają potwierdzenie wciśnięcia w postaci kliknięcia i można je obsługiwać niemal bezwzrokowo. Reagowanie na samo zbliżenie palca wymaga od użytkownika więcej uwagi i precyzji.  Nie jest to jednak rzecz, która sprawia problem w codziennym użytkowaniu.

Bardzo wygodna jest podstawa z wyjątkowo szerokim zakresem regulacji wysokości. Pozwala dopasować ekran do własnych potrzeb i nie spotkałem się z sytuacją, w której brakowałoby mi większego kąta nachylenia, czy podniesienia. Liczba wejść i portów USB jest w pełni dla mnie satysfakcjonująca.

Warto zwrócić uwagę, że 60 Hz odświeżania przy rozdzielczości 4K osiągnąłem wyłącznie przy zastosowaniu kabla DisplayPort. Trzeba jednak w ustawieniach monitora przestawić wersję DisplayPort z 1.1 na 1.2, inaczej 60 Hz nie będzie dostępne.

Sporadycznie zdarzało się, że podczas uruchamiania komputera, monitor nie dostawał sygnału i musiałem go ponownie zrestartować, aby „zaskoczył”. Miałem jednak podobną sytuację z innym monitorem, innego producenta i podejrzewam, że sam monitor nie ma z tym nic wspólnego. To raczej „zasługa” karty graficznej w moim komputerze.

Podsumowanie

W momencie pisania tego artykułu, ceny monitora PHILIPS 328P6VJEB w porównywarce cenowej oscylują od 2430 do 2730 złotych. Biorąc pod uwagę, że w tej cenie otrzymujemy monitor 4K o przekątnej 31,5 cala, który oferuje lepsze niż w większości monitorów w tej cenie pokrycie kolorów, oraz bogaty zestaw wejść i 4 gniazda USB 3.0, a także wygodną podstawę sądzę, że można spokojnie uznać ten monitor za godny polecenia. Powinien zaspokoić potrzeby osób interesujących się fotografią i filmowaniem – ambitnych amatorów. Na ekranie mieszczą się trzy kartki A4 w pełnym widoku w Microsoft Word. Sprawdza się również świetnie w przypadku oglądania filmów, choćby ze względu na rozmiary. Granie na takim monitorze to także przyjemność, choć gracze grający zawodniczo w gry multiplayer powinni raczej wybrać ekrany z 144 Hz odświeżania i technologią G-Sync lub Free-Sync.

Mając te zalety na uwadze, można wybaczyć umiarkowaną nierównomierność podświetlenia i takie sobie OSD z zbliżeniowymi guzikami. Wzrost komfortu pracy po przesiadce z 24 calowego ekranu Full HD na Philipsa jest bardzo odczuwalny. Niestety jeszcze bardziej, gdy po korzystaniu z PHILIPS 328P6VJEB wrócimy do poprzedniego monitora – mniejsza przestrzeń robocza, mniejsza gęstość pikseli, zębate krawędzie czcionek, wszystko to dało się boleśnie odczuć gdy schowałem Philipsa do pudełka. Ciężko też znaleźć dla Philipsa konkurencję, bo zdecydowana większość rozwiązań albo jest znacznie mniejsza, albo ma matrycę TN, albo jest po prostu droższa. Tym bardziej połączenie oferowanych parametrów z ceną w przypadku recenzowanego sprzętu jest atrakcyjne. Po testach żałuje trochę, że pośpieszyłem się z zakupem swojego prywatnego monitora. Wówczas zdawało mi się, że w rozsądnych pieniądzach nie dostanę ekranu 4K, który jednocześnie oferowałby dobre odwzorowanie kolorów, a jednak byłem w błędzie…

Pełną specyfikację można zobaczyć na stronie producenta.

The post Test PHILIPS 328P6VJEB – 32 calowy monitor 4K dla ambitnego użytkownika domowego appeared first on AntyWeb.

Teslą można już przejechać 900 km na jednym ładowaniu! Ale trzeba być zawalidrogą

$
0
0

Tesla znowu na językach. A powodów jest przynajmniej kilka, wystarczy wymienić zmiany kadrowe czy doniesienia na temat Modelu 3. Moją uwagę przykuły informacje dotyczące tragicznego wypadku sprzed roku. Większość z Was pewnie go pamięta, kierowca zginął, a media zajęły się sprawą, bo dostrzegły w tym pierwszą ofiarę autonomicznej jazdy, trybu Autopilot. Minęło kilka kwartałów, zdarzenie dokładnie przeanalizowano i… wychodzi na to, że winny był kierowca (na co wcześniej wskazywało już sporo osób).

Ofiara nie tylko przekroczyła dopuszczalną prędkość, ale też lekceważyła komunikaty maszyny, która domagała się położenia rąk na kierownicy. Ostrzeżeń było ponoć siedem, żadne nie zadziałało. Podobno przez 37 minut jazdy człowiek trzymał kierownicę przez niespełna pół minuty. W toku śledztwa okazało się też, że gdyby kierowca patrzył na drogę, z pewnością dostrzegłby ciężarówkę relatywnie szybko, miałby sporo czasu na reakcję. Ale postanowił powierzyć swoje życie niedoskonałemu rozwiązaniu, o którym sami twórcy mówią, że jest w fazie budowy. Cóż, dobra lekcja dla innych.

Wracam do tematu głównego, wspomnianych 900 km na jednym ładowaniu. Jak to osiągnąć? Wystarczy przeczytać notkę właściciela samochodu Tesla Model S P100D. Próbę przeprowadził w Belgii, towarzyszyła mu jedna osoba. Duet znalazł szosę o małym natężeniu ruchu, płaską, bez świateł i… jeździł nią w kółko. Stworzona przez nich pętla miała 26 km długości (widać ją na poniższej grafice). Zastosowano tzw. hypermiling, czyli dążenie do osiągnięcia bardzo efektywnej jazdy. Stosuje się to także w samochodach z silnikami spalinowymi: chodzi o odciążenie pojazdu, odpowiednie ciśnienie w kołach, poprawianie płynności jazdy, usunięcie usterek, nawet tych najmniejszych. Celem jest ograniczenie zużycia paliwa. A w przypadku Tesli: energii elektrycznej.

Jazda wspomnianą trasą trwała blisko dobę. Okazało się, że Tesla jeździ najefektywniej przy prędkości… 40 km/h. Dwa km w przód lub w tył i wynik był gorszy. Oczywiście trzeba zapomnieć o takich wygodach jak klimatyzacja, bo to dodatkowe obciążenie dla akumulatora. W samochodzie w dzień nie było zatem zbyt przyjemnie. Czytając opis bicia rekordu można jednak przyjąć, że wynik dałoby się jeszcze trochę podkręcić przy bardziej sprzyjających warunkach. Kierowca stwierdził, że każde kolejne okrążenie czegoś uczyło, że jazda stawała się bardziej płynna i bardziej wydajna. Ciekawy pomysł na doskonalenie swoich umiejętności, poznawanie możliwości samochodu itp.

Czy taki test jest miarodajny? Cóż, wątpię, by ktoś jeździł Teslą z prędkością 40 km/h przez cały czas, żeby poprawić wydajność. Nie zrezygnuje też z klimy czy innych wygód, nie będzie jeździł pustym autem. Taka jazda to sztuka dla sztuki. Należy jednak przyjąć, że za kilka lat Tesla będzie mogła przejechać te 900 km w normalnym trybie. I nie stanowi to zaskoczenia – przecież Elon Musk już o tym mówił. Czy ucieszy go informacja o nowym rekordzie? Zdziwiony pewnie nie będzie, a humor poprawia mu teraz inna sprawa: firma jest bliska podpisania umowy na budowę fabryki w Chinach. To ważne – mówimy o największym rynku motoryzacyjnym świata, który mocno stawia na elektryczne pojazdy. Tworząc w Chinach Tesla będzie bliżej odbiorców i… ominie wysokie podatki. Sprzedaż w Państwie Środka może gwałtownie wzrosnąć. Wydarzyć może się to samo, co w przypadku iPhone’a, gdy otworzyły się dla niego chińskie drzwi.

Trzy dobre wiadomości. Cena akcji Tesli nadal rośnie…

The post Teslą można już przejechać 900 km na jednym ładowaniu! Ale trzeba być zawalidrogą appeared first on AntyWeb.

Genomtec ID – urządzenie polskich naukowców, które zrewolucjonizuje diagnostykę?

$
0
0
Genomtec-ID

Genomtec ID

Lekarze pierwszego kontaktu nie mają takich samych możliwości jak profesjonalne laboratoria, dlatego wyposażenie ich w mobilne urządzenie bazujące na technologii lab-on-chip, mogłoby skutecznie zwiększyć ich możliwości w zakresie szybkiego i taniego wykrywania obecności gronkowca złocistego, albo wirusa HCV (ang. Hepatitis C Virus)  powodującego wirusowe zapalenie wątroby typu C.

Polscy naukowcy z firmy Genomtec doprowadzili do powstania urządzenia Genomtec ID, które ma być przenośnym laboratorium mieszczącym się w kieszeni, a do tego ma być łatwe w obsłudze, bo jak można wyczytać w informacji prasowej: „badanie może być przeprowadzone przez osobę bez jakiegokolwiek doświadczenia diagnostycznego”. Urządzenie mogłoby mieć ogromną wartość dla lekarzy z krajów rozwijających się.

Prof. dr hab. n. med. Tadeusz Dobosz jest specjalistą z zakresu genetyki, kieruje działem B+R i jest współtwórcą technologii Genomtec, o której mówi:

Chcemy umożliwiać specjalistom szybsze, lepsze decyzje, gdy w grę wchodzi zdrowie i życie. W dowolnym miejscu i czasie. Przed nami wiele pracy, widać już jednak, że mamy duże szanse na przełom.

Laboratorium w kieszeni

Zespół Genomtec pragnie umożliwiść wstępne wykrywanie często występujących chorób zakaźnych, na przykład: gronkowca złocistego opornego na metycylinę, zapalenia wątroby typu C, Chlamydia trachomatis oraz dwoinki rzeżączki. Urządzenie ma również wykrywać każdy zdefiniowany wcześniej wirus, co będzie mieć duże znaczenie w pracy lekarzy pierwszego kontaktu oraz pediatrów.

Założyciej, główny technolog Genomtec, doktorant z dziedziny biologii molekularnej, Miron Tokarski tłumaczy:

Wykorzystujemy autorską metodę opartą na namnażaniu i materiału genetycznego, zarówno RNA, jak i DNA. Dzięki niej jesteśmy w stanie identyfikować bakterie z dokładnością dochodzącą nawet do 100 proc. Od pobrania próbki do wyniku potrzeba zaledwie 20-40 minut, to nawet kilkukrotnie szybciej niż w przypadku drogich urządzeń laboratoryjnych, wykorzystujących technikę PCR.

Urzędzenie firmy Genomtec ma być tanie, mobilne (rozmiary porównywalne z telefonem) i będzie działać automatycznie: „wystarczy nanieść kroplę materiału biologicznego na kartę reakcyjną i wsunąć kartę do urządzenia”. Wyniki mogą zostać przesłane na wskazaną skrzynkę e-mail lub mogą być po prostu odczytane z wyświetlacza.

Naszą ambicją jest, by personel medyczny bez kwalifikacji diagnostycznej mógł mieć w torbie lub na biurku urządzenie Genomtec ID – mówi Miron Tokarski.

Prototyp Genomtec ID

Prace nad przenośnym prototypem Genomtec ID właśnie trwają. Czy polska firma podbije zagraniczne rynki i zaspokoi potrzeby rynku point-of-care, czyli badań w miejscu opieki nad pacjentem? Czy dodatkowo wesprze również te miejsca, w których brakuje wykwalifikowanego personelu, co na pewno będzie mieć ogromne znaczenie? Jak możemy przeczytać na stronie firmy Genomtec:

Aktualna diagnostyka molekularna wymaga od użytkownika umiejętności posługiwania się sprzętem diagnostycznym oraz wiedzy na temat właściwego przegotowania próbki. Metoda SNAAT™ łączy mobilność z niesamowitą łatwością wykonania badania. Intuicyjny i prosty test jest w stanie wykonać każdy bez wcześniejszego przeszkolenia.

Źródło: Genomtec, informacja prasowa

The post Genomtec ID – urządzenie polskich naukowców, które zrewolucjonizuje diagnostykę? appeared first on AntyWeb.

Viewing all 65334 articles
Browse latest View live


<script src="https://jsc.adskeeper.com/r/s/rssing.com.1596347.js" async> </script>